Dzień bez zwycięstw, ale i bez porażek – właśnie tak mógłbym opisać dzisiejsze 24 godziny mojego życia. To nie był dzień przełomów, wielkich decyzji ani spektakularnych działań. I mimo że z boku ktoś mógłby powiedzieć, że „nic się nie wydarzyło”, ja czuję, że przeżyłem go na swój sposób – prawdziwie. Z całym ciężarem emocji, zmęczenia i refleksji, które przewijały się przez moje myśli od rana do wieczora.
Od dwóch miesięcy codziennie noszę w sobie pewien cień. Niby się przyzwyczaiłem, ale to nie znaczy, że przestał mi ciążyć. Dzisiejszy dzień też nie był wyjątkiem – poranek przywitał mnie spadkiem nastroju, który rozlał się powoli po całym ciele. Znam już ten stan – nie jest on ani nowy, ani szczególnie dramatyczny. To jak cichy, znajomy dźwięk w tle, który nauczyłem się ignorować, ale czasami wraca z pełną mocą.
Co ciekawe, choć praktycznie nic nie zrobiłem – nie mam wrażenia przegranego dnia. To dzień bez zwycięstw, ale i bez porażek. Żadnych list „to do”, żadnych punktów do odhaczenia. I może właśnie w tym tkwi jego wartość? W zaakceptowaniu, że nie zawsze muszę wygrywać, by coś znaczyć.
Ostatniej nocy spałem głęboko. Tak głęboko, jakby moje ciało próbowało nadrobić cały miesiąc zmęczenia w jednej nocy. Spałem jak dziecko, choć wewnątrz nie czułem spokoju dziecka. Czułem raczej jakby moje ciało wyłączyło się z przeciążenia. Spałem też długo poprzedniego dnia. I z jednej strony to dobry znak – może organizm próbuje się regenerować. A z drugiej – znowu mam wrażenie, że uciekam w sen przed rzeczywistością.
W tym śnie pojawiła się ona. Kobieta z przeszłości. Traumatyczna postać. Wstrętny ludzki odpad – tak ją dziś postrzegam. Nie dlatego, że chcę tak myśleć, ale dlatego, że po ostatnim roku rozumiem, jak bardzo zatruwała moje życie. Jak subtelnie i systematycznie odbierała mi kawałki mnie – mojego spokoju, godności, wiary w siebie. Sen z jej udziałem zawsze zostawia po sobie ślad. Nawet jeśli nie pamiętam dokładnie scenariusza, to uczucie po przebudzeniu mówi mi, że była znowu. I że coś próbowała ze sobą przynieść – może strach, może żal, a może po prostu echo tego, co zostawiła po sobie w mojej psychice.
Zdarza się, że myślę: „Może mogłem wtedy postąpić inaczej?”. Ale natychmiast przypominam sobie, że nie miałem siły, zasobów, wsparcia. Moje zaburzenia – które dziś potrafię nazwać – nie były wtedy widoczne, ale mocno wpływały na moją osobowość. Zachowywałem się jak ktoś zupełnie inny. Byłem pełen lęków, mechanizmów obronnych, wyuczonych reakcji, które nie pozwalały mi działać zdrowo. I wiem już, że wtedy nie mogłem inaczej.
To, co było – zostaje w przeszłości. A to, co dziś – wymaga zaakceptowania. Dzień bez zwycięstw, ale i bez porażek. Właśnie tak próbuję żyć w tej chwili. Przyjmować rzeczy takimi, jakimi są. Nie zawsze z entuzjazmem, ale z cichą zgodą.
A skoro już mowa o rzeczach przyziemnych – jutro idę się w końcu obciąć. Zarastam i wyglądam, jakbym zamieszkał w jaskini. Może dla niektórych to błahostka, ale dla mnie to mały krok w stronę poczucia normalności. Czasem zmiana fryzury to jedyna zmiana, na jaką mnie stać danego dnia. I niech będzie. Każda drobna rzecz, która może poprawić samopoczucie, zasługuje na uwagę.
Nie jestem dziś bohaterem, nie uratowałem świata ani nawet własnego dnia. Ale przeżyłem go, nie poddałem się, oddychałem mimo smutku. Może jutro będzie inaczej. A jeśli nie – to może znów będzie taki dzień bez zwycięstw, ale i bez porażek. I może to wystarczy.

Dodaj komentarz