To dzień, którego nie pamiętam. A może nie chcę pamiętać?
Cisza. Przytłaczająca, lepka, dławiąca. Wypełnia każdy zakamarek domu, wdziera się do płuc, osiada na skórze. Nie ma jej, ale jej brak jest jak krzyk. Niemy krzyk.
To coś jakbyś otworzył usta i chciał wyrzucić z siebie cały ból, całą rozpacz, całe niezrozumienie… ale nie wydobywał się z ciebie żaden dźwięk.
Czuję to fizycznie. W klatce piersiowej coś zaciska się coraz mocniej. Każdy mięsień jest napięty do granic możliwości. Każdy krok po domu jest ciężki, każdy ruch wydaje się bez sensu. Bo wszystko przypomina.
Jej miejsce na kanapie – puste. Miska – niepotrzebna. Jej ciepło – wygasło.
Zerkam na urnę stojącą na półeczce, a w niej wszystko, co zostało z mojego kochanego zwierzaczka. To powinno dawać mi ukojenie, ale nie daje.
Nie wiem, jak wytrzymam kolejne dni. Po prostu nie wiem.

Dodaj komentarz