Nadszedł dzień, którego tak bardzo się bałem. Dzień rozstania.
Nogi mam jak z waty, ale muszę działać. Zadaniowo. Pojechać do lecznicy. Pojechać do krematorium. Wrócić do domu. Mechaniczne ruchy, bez emocji. Bo gdybym pozwolił sobie na emocje, rozsypałbym się na kawałki.
W lecznicy było cicho. Tylko ja, ona i lekarz, który miał zakończyć jej cierpienie. Wciąż powtarzam sobie, że to była najlepsza decyzja. Że zrobiłem to dla niej. Że nie mogłem pozwolić, by dłużej się męczyła. Ale w mojej głowie jest tylko jedna myśl: już nigdy nie otworzy oczu. Już nigdy nie przyjdzie do mnie, nie wtuli się, nie spojrzy tym swoim ciepłym, pełnym zrozumienia wzrokiem.
Po wszystkim – krematorium. Kolejne miejsce, kolejne formalności, kolejne zadania do wykonania. Ale mnie już tam nie ma. Nie istnieję. Jest tylko ciało, które się przemieszcza, które odbiera urnę, które wraca do domu.
A w domu? Pustka.
Pusta miseczka, woda lecąca z jej ulubionej fontanny. Pusta kuweta, pusty domek, puste posłanka. Nie ma tego delikatnego dźwięku pazurków stukających o podłogę. Nie ma charakterystycznego zaczepiania łapą. Nie ma mruczenia. Nie ma jej. Została pustka jakiej nie da się zapełnić.
Od dziś nic już nie będzie tak jak było.
Od dziś znowu zostałem sam.
Żegnaj moja ukochana koteczko

Dodaj komentarz