Leżę obok kota, czując jej ciepło przy mojej dłoni. Położyła pyszczek na mojej skórze, jakby szukała w tym geście ukojenia. Oddycha ciężko, świszcząco, a dźwięk ten rozdziera ciszę, przeszywając mnie na wskroś. Patrzę na nią i myślę, jak bardzo chciałbym zatrzymać ten czas. By choć na chwilę nie było choroby, bólu, tej nieuniknionej chwili, która wisi nad nami jak cień.
Jeszcze jedna noc, jeszcze jeden dzień.
Chciałbym, by mogła po prostu zasnąć i odejść tam, gdzie nie ma bólu. Gdzie nie musi walczyć o każdy wdech, gdzie nie ma cierpienia. A jednocześnie, egoistycznie, chciałbym mieć ją przy sobie jak najdłużej. Móc jeszcze poczuć jej ciepło, jej dotyk, jej obecność. Każda chwila jest cenniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.
Jeszcze jedna noc, jeszcze jeden dzień.
To wszystko przypomina mi Dziadka. Jego ostatnie tygodnie były walką o każdy oddech. Leżałem obok, tak jak teraz leżę obok kota, i myślałem o tym samym. Chciałem, by mógł odejść w spokoju, bez duszenia się, bez bólu. Ale jednocześnie – jak pogodzić się z tym, że ktoś odchodzi? Jak pozwolić mu iść, gdy serce krzyczy, by został?
Jeszcze jedna noc, jeszcze jeden dzień.
Odchodzenie jest zawsze zbyt szybkie. Nawet jeśli trwa tygodniami, to i tak nie jesteśmy gotowi. Niezależnie, czy odchodzi człowiek, czy zwierzę, pustka zostaje ta sama. Przepaść, którą trudno zapełnić czymkolwiek innym.
I tylko cichy szept w głowie – jeszcze jedna noc, jeszcze jeden dzień.

Dodaj komentarz