Bezsilność nie uderza od razu. Nie ma gwałtownego ciosu, który powala. Przychodzi powoli, sącząc się do środka, aż nagle człowiek orientuje się, że już nie ma sił. Że wszystko, co do tej pory było trudne, stało się wręcz niemożliwe.
Jadąc samochodem, widzę wszystko tunelowo. Droga zlewa się w jeden pas, a mój wzrok nie rejestruje nic poza pojazdem przede mną. Jakby reszta świata przestała istnieć, jakby zostało tylko to jedno zadanie – jechać. Tylko czy w ogóle powinienem prowadzić? Czy powinienem w ogóle… cokolwiek? Ta myśl, nawracająca raz po raz, czai się gdzieś na granicy świadomości i sprawia, że ściska mnie w żołądku.
W domu łzy płyną same. Kot wtula się w moją szyję, jakby wiedziała, że to jeden z tych dni, kiedy nie trzeba słów. Kiedy wystarczy ciepło drugiej istoty. Wspominam nasze wspólne chwile – te beztroskie momenty, gdy leżeliśmy razem na trawie w ogrodzie, gdy mruczała, wyciągając się leniwie w słońcu. Jej charakter, ta niezależność połączona z czułością, jej obecność, tak pełna znaczenia. Myśl o jej odejściu ścina mi oddech. Nie ma na to gotowości, nie da się przygotować na pustkę, którą zostawi.
A jednak jakoś się podnoszę. Ruszam na trening, choć każdy krok w tę stronę kosztuje mnie więcej, niż powinien. To jak wspinanie się na górę, kiedy nogi odmawiają posłuszeństwa, a w głowie jedyną myślą jest: „Po co?”. Mimo to docieram. I wiecie co? Opłacało się. Po treningu mój umysł jest lżejszy, oddech spokojniejszy, a powrót do domu nie jest już takim wyzwaniem.
Czasem naprawdę trzeba sięgnąć dna, żeby chociaż na chwilę wypłynąć na powierzchnię.

Dodaj komentarz