Wczorajszy dzień był jak emocjonalne tornado. Wszystko naraz – smutek, gniew, lęk, tęsknota, a może jeszcze coś, czego nawet nie potrafię nazwać. Mój umysł nieustannie analizował, przeżywał, roztrząsał. A dziś? Dziś czuję ulgę. Nie dlatego, że cokolwiek się rozwiązało, nie dlatego, że coś się zmieniło. Po prostu część tych emocji uciekła, opadła ze mnie jak kurz po burzy.
Nie oszukuję się – to nie jest zdrowe.
Nie powinienem doprowadzać do momentów, w których emocje się kumulują aż do granic wytrzymałości. Ale prawda jest taka, że nie umiem inaczej w tej chwili. Zawsze czekam, aż coś we mnie pęknie, aż napięcie stanie się nie do zniesienia. Dopiero wtedy przychodzi ten moment ulgi, wyczerpanej, wymuszonej, ale jednak ulgi.
Wczoraj nogi się pode mną ugięły. Może to znak, że trzeba w końcu przestać walczyć z tym, co czuję, a po prostu to zaakceptować. Pozwolić sobie na stratę, na żal, na zmęczenie. Ale też pozwolić sobie na te dobre chwile, które – choć czasem trudno w to uwierzyć – również się zdarzają. Tylko czy ja jeszcze potrafię je dostrzec?

Dodaj komentarz