Dzieciństwo w trybie przetrwania

Dzieciństwo powinno być okresem radości, bezpieczeństwa, niewinności – czasem, który buduje fundamenty na przyszłość. Moje dzieciństwo takie nie było. Owszem, zdarzały się momenty, które wspominam dobrze, ale wydaje mi się, że tych chwil było zbyt mało, by zrównoważyć całą resztę. A może było ich więcej, tylko mój umysł postanowił je wyprzeć, skupić się na tym, co trudne i bolesne?

Zamiast niewinności i beztroski, moje dzieciństwo wypełniał nieustanny tryb walki. Walka o przetrwanie, walka z sytuacjami, których żadne dziecko nie powinno doświadczać. W takich warunkach człowiek uczy się, że emocje są luksusem, na który nie zawsze można sobie pozwolić. Umysł skupia się na tym, co konieczne, a wspomnienia filtruje przez pryzmat zagrożenia. To dlatego te złe chwile pamiętam lepiej. To one były intensywne, miały wpływ na to, kim się staję, i wryły się w moją pamięć mocniej niż te dobre, które były zaledwie przebłyskami.

Była jednak jedna osoba, która walczyła o mnie – naprawdę walczyła. Jej obecność była jak kotwica w burzliwym morzu, jak jedyna latarnia w ciemności. Wiedziałem, że w niej mam oparcie, choć nie zawsze umiałem to docenić. Na koniec jej życia to ja walczyłem o nią, z całych sił, tak jak ona wcześniej walczyła o mnie. Tego nie da się zapomnieć, nawet jeśli cała reszta wydaje się rozmazana w chaosie wspomnień.

Czy to znaczy, że byłem idealny? Że nie popełniałem błędów? Oczywiście, że nie. Popełniłem ich całą masę, jak każde dziecko, które nie ma doświadczenia ani świadomości, jak bardzo jego zachowania wpływają na innych. Moje błędy były jak odłamki tego, co działo się wokół mnie – czasem wynikające z buntu, czasem z braku zrozumienia, a czasem po prostu z desperacji, by przetrwać kolejny dzień.

Czasami myślę, że kiedyś znajdę w sobie siłę, by spisać te wspomnienia. Żeby przepracować te traumy, spojrzeć im w twarz i może w końcu zamknąć ten rozdział. Ale są też chwile, kiedy mam wrażenie, że żadne terapie, żadne próby samopomocy nie będą w stanie naprawić tego, co we mnie zostało zniszczone. Że pewne rany, choćby zabliźnione, zawsze będą bolały, przypominając o tym, co było.

Często zastanawiam się, czy kiedykolwiek uda mi się funkcjonować w społeczeństwie tak, jak inni. Bez ciągłego poczucia, że jestem niekompletny, że coś jest ze mną nie tak. Życie w trybie przetrwania przez lata zostawia ślad, który trudno wymazać. I choć chcę wierzyć, że to wszystko miało jakiś sens, że jest droga naprzód, to nie zawsze potrafię to dostrzec. Na razie pozostają wspomnienia – ciężkie, bolesne, ale też takie, które przypominają, że mimo wszystko udało mi się przetrwać.