Dziś był jeden z tych dni, kiedy wszystko wydaje się zbyt ciężkie. Głowa, która zwykle jest pełna myśli, planów, nawet zmartwień, dziś przestała pracować jak trzeba. To dziwne uczucie – jakby moje ciało było obecne, ale umysł gdzieś odpłynął, zawiesił się w próżni, z której trudno go wyciągnąć.
Jechałem samochodem, a momentami czułem, jakbym po prostu wyłączał się na chwilę. Ręce na kierownicy, droga przede mną – niby wszystko pod kontrolą, a jednak coś było nie tak. Jakby mój umysł zapadał w krótkie, niespodziewane drzemki, choć oczy pozostawały otwarte. To przerażające uczucie, bo w takich chwilach tracę zaufanie nawet do samego siebie.
Może to przez jutrzejszą rocznicę pogrzebu? Może przez to, że wspomnienia wracają jak fale, jedna za drugą, a ja nie potrafię ich zatrzymać. Wspomnienia, które ciągną za sobą smutek, ból, pustkę. Rocznice mają w sobie coś dziwnego – niby to tylko kolejny dzień, ale cały ciężar tamtej chwili wraca, jakby to wszystko działo się na nowo.
A może to kumulacja? Może to wszystko, co się dzieje – te małe i duże rzeczy, które codziennie mnie przygniatają – osiągnęło swoje apogeum? Czuję, jakby moje emocje wspięły się na szczyt, z którego nie ma już drogi powrotnej. Smutek, zmęczenie, gniew – wszystko naraz.
Ludzie mówią do mnie, a ja ledwo ich słyszę. Ich słowa docierają, ale nie pozostają w głowie, jakby odbijały się od jakiejś niewidzialnej bariery. Patrzę na nich, kiwam głową, ale w środku czuję się tak, jakbym wcale tam nie był. Jakbym był obok, poza wszystkim. Ten stan odrętwienia jest gorszy niż cokolwiek innego, bo nie daje się przełamać.
Dziś czuję, że nie jestem w stanie się skupić, że nie potrafię połączyć myśli w całość. Jestem zmęczony, wypalony, jakby każda drobna czynność była wyzwaniem ponad moje siły. To nie jest zwykły dzień, to dzień, który po prostu trzeba jakoś przetrwać, choć nawet to wydaje się trudne.
