To już siódmy dzień, odkąd zacząłem tę dziwną przygodę z blogiem. Dziś wydarzyło się coś, co można by uznać za krok naprzód – udało mi się zapisać na kwalifikację do pobytu na oddziale dziennym szpitala. Niby to dobra wiadomość, ale z drugiej strony nie potrafię zignorować poczucia, że dotarłem do punktu, w którym szpital wydaje się jedynym wyjściem. Czy to już dno? A może właśnie od niego można się odbić? Jeśli kwalifikacja przebiegnie pomyślnie, w marcu rozpocznę terapię. Ale to dopiero za kilka tygodni – do tego czasu muszę jeszcze jakoś przetrwać.
Dzisiejszy dzień był jednak przede wszystkim dniem smutku. Kolejna rocznica pogrzebu, kolejne odwiedziny na cmentarzu. Byłem tam, zapaliłem świeczkę, ale to, co najtrudniejsze, rozgrywało się w mojej głowie. Fotograficznie pamiętam tamten dzień – jakby ktoś wyświetlał go na ekranie w mojej wyobraźni, klatka po klatce. Każdy szczegół, każde słowo, każda emocja wracają z niepokojącą dokładnością.
Mam do siebie pretensje o parę rzeczy. Zastanawiam się, co by było, gdybym wtedy postąpił inaczej. Gdybym powiedział coś więcej albo mniej, gdybym zrobił coś, co mogło zmienić bieg wydarzeń. Wiem, że te myśli nie mają sensu, że niczego by to nie zmieniło, ale mimo wszystko tkwią we mnie jak drzazgi, które nie dają spokoju. Czuję ciężar tych pretensji, jakby były jeszcze jednym głosem w mojej głowie, który mnie oskarża.
Na domiar złego czuję, że mój organizm jest na skraju wyczerpania. Stres i lęk osiągnęły taki poziom, że wydaje się, jakbym cały czas stał na krawędzi czegoś przerażającego, co zaraz mnie pochłonie. Nie potrafię się odprężyć, nie mogę znaleźć nawet chwili ulgi. Nawet silne leki, które miałyby przynieść choć odrobinę spokoju, nie działają. To, co kiedyś pomagało, teraz zdaje się być tylko kolejnym pustym gestem.
To uczucie, gdy nic nie działa – żadne słowa, żadne próby, żadne środki – jest najtrudniejsze. Czuję się jak w pułapce własnego ciała i umysłu, które odmówiły współpracy. Każda kolejna minuta to walka z samym sobą, a każda godzina wydaje się dłuższa niż powinna.
Dziś nie ma we mnie nadziei ani siły, tylko zmęczenie i pustka. Z jednej strony próbuję przyjąć ten dzień takim, jaki jest, ale z drugiej – nie mogę się uwolnić od myśli, że wszystko, co czuję, jest tylko kolejną warstwą bólu, która zasłania wszystko inne.

Dodaj komentarz