Obudziłem się dzisiaj w starej rzeczywistości, chociaż z nowym prezydentem. Niby zmiana, ale bardziej kosmetyczna niż realna. Tak jakby ktoś przemalował ściany w zrujnowanym domu, ale fundamenty wciąż sypią się od środka. Nie czuję żadnej ulgi, żadnej radości. Raczej niedowierzanie, że znów naród dał się nabrać na sztuczne hasła. I to poczucie, że będzie jeszcze gorzej, a nie lepiej, rozsiadło się we mnie jak ciężar, którego nie potrafię zrzucić.
Dzień więc przespałem. Bo po co się zmuszać, skoro nie mam siły udawać, że coś się zmieniło na lepsze? W głowie przelatują mi obrazy – nie te z wiadomości, nie polityczne komentarze. Ale coś dużo bardziej osobistego. Tęsknota. Za miejscem, które kiedyś było moim azylem. Za wsią, którą pamiętam z dzieciństwa. Prawdziwą wsią – nie osiedlem domków z kostki brukowej i nowoczesnymi SUV-ami pod każdą bramą.
Kiedyś wszystko było prostsze. Trzy gospodarstwa, jeden sklep, jeden przystanek autobusowy. I ci sami ludzie, znani z imienia, z historii, z krzywych dróg i wspólnych wspomnień. Można było pojeździć traktorem, pomóc przy żniwach, wpaść do sąsiada na herbatę bez zapowiedzi. Ludzie byli inni – nie tylko z wyglądu, ale i z podejścia do życia. Bardziej otwarci, bliżsi, jakbyśmy naprawdę wszyscy byli częścią czegoś większego. Czegoś wspólnego.
A teraz? Nawet jeśli mieszkam „na wsi”, to czuję się bardziej jak w sypialni miasta. Każdy za płotem, każdy patrzy z dystansem, jakby obecność drugiego człowieka była czymś podejrzanym. Brakuje tych chwil, kiedy można było po prostu wyjść przed dom, spojrzeć na niebo i poczuć spokój. Dziś nawet niebo wydaje się cięższe, głośniejsze, bardziej sztuczne.
Coraz częściej marzy mi się domek w środku lasu. Prawdziwa samotnia, z naturą i zwierzyną za oknem, gdzie nie trzeba się tłumaczyć, nie trzeba się dopasowywać. Gdzie można być sobą – zmęczonym, wycofanym, spokojnym. Nie musi być duży. Byle był cichy. Byle był prawdziwy. Gdzieś daleko stąd, gdzie polityka nie zagląda w okna, a najgłośniejszym dźwiękiem dnia jest śpiew ptaków lub wiatr poruszający drzewa.
Nie wiem, czy takie miejsce jeszcze istnieje. Może to tylko sen, taki, którego nie chce się przerywać. Może dlatego przespałem dzisiejszy dzień – próbując przedłużyć ten moment ucieczki. Bo jeśli nie możemy zmienić świata, może chociaż możemy znaleźć w nim swój kawałek ciszy?
A może… może to właśnie teraz trzeba go zacząć szukać. Może właśnie dziś, w tym całym rozczarowaniu i beznadziei, powstała we mnie potrzeba, która w końcu poprowadzi mnie tam, gdzie naprawdę chcę być. Nie wiem. Ale wiem, że dziś bardziej niż kiedykolwiek pragnę prostoty, bliskości natury i samotności, która koi, a nie przeraża.
I jeśli też czujesz, że wszystko się wali – może nie musisz od razu wszystkiego naprawiać. Może wystarczy znaleźć swój las. Choćby najpierw tylko w myślach.

Dodaj komentarz