,

Dzień #152 Nieznajomy we własnym ciele

Zawsze myślałem, że dobrze siebie znam. Przecież to moje życie, moje myśli, moje decyzje. Nikt nie siedzi w mojej głowie poza mną, nikt nie przeżywa tego, co ja. Byłem przekonany, że potrafię rozpoznać momenty kryzysowe, że wiem, kiedy zbliżam się do emocjonalnego krawędziaka. Wydawało mi się, że mam nad sobą kontrolę, a przynajmniej świadomość. Aż do momentu, kiedy w moje ręce trafił wypis ze szpitala.

Czytałem go kilkukrotnie. Za każdym razem z rosnącym zdziwieniem. Pojawiły się tam opisy moich zachowań, które dla mnie były… normalne. Automatyczne. Może trochę dziwne, może trochę impulsywne, ale przecież „tak już mam”. A jednak – dla lekarzy, terapeutów i całego personelu były one wyraźnymi sygnałami, że coś się dzieje. Że reaguję nie tyle z poziomu świadomego wyboru, co z poziomu obronnych mechanizmów. Jakby moje ciało i umysł miały swój własny system bezpieczeństwa, który włącza się wtedy, kiedy zbliżam się do granicy. I dopiero z zewnątrz widać, jak bardzo ten system jest aktywny.

To konfrontujące. Naprawdę. Bo z jednej strony czuję ulgę – ktoś mi to nazwał, ktoś to uchwycił, ktoś dostrzegł coś, czego ja nie widziałem. Ale z drugiej – rodzi się we mnie niepokój. Ile jeszcze takich rzeczy robię, nie zdając sobie z tego sprawy? Ile razy moje reakcje są efektem obrony, a nie rzeczywistego wyboru? Ile razy w swoim życiu kierowałem się czymś, co wcale nie było moją wolą, tylko odruchem przetrwania?

Zaczynam rozumieć, jak bardzo można być przywiązanym do swojej wersji siebie. Do tej, którą sami sobie opowiadamy. Do obrazu, który budujemy latami: „jestem silny”, „mam kontrolę”, „wiem, co robię”. Ten obraz daje złudne poczucie bezpieczeństwa. Chroni przed bólem, przed poczuciem zagubienia. Ale czasem – jak się okazuje – ten obraz jest też ślepy. Nie widzi tego, co niewygodne, co zepchnięte, co wyparte.

I tu pojawia się refleksja: może to dobrze, że są tacy ludzie jak terapeuci, lekarze, ci, którzy potrafią spojrzeć z boku. Którzy widzą więcej, szerzej, głębiej. Którzy potrafią nazwać coś, co my sami czujemy, ale nie umiemy tego ubrać w słowa. Bo przecież dopiero kiedy coś zostanie nazwane, można zacząć nad tym pracować. Można przestać z tym walczyć i zacząć rozumieć.

Pojawia się też pokora. Pokora wobec samego siebie. Wobec tego, że nawet jeśli jesteśmy „ekspertami” od swojego życia, to nadal nie wiemy wszystkiego. Że nadal jesteśmy w drodze. Nadal się uczymy. Nadal odkrywamy. I to jest trudne. Ale też w jakiś sposób piękne.

Zastanawiam się teraz – ile jeszcze jest we mnie do odkrycia? Ile tych mechanizmów, zachowań, przekonań siedzi we mnie cicho, w tle, jak dobrze naoliwiony automat? Ile razy jeszcze zaskoczy mnie sama sobą?

Nie wiem. Ale jedno wiem na pewno – nie chcę już uciekać przed tym poznawaniem siebie. Nawet jeśli czasem boli. Nawet jeśli czasem podważa wszystko, co o sobie myślałem. Bo być może właśnie w tej konfrontacji – w tym rozpadzie obrazu siebie – zaczyna się prawdziwa wolność.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *