Dzień #56 dzień kolejny z wielu

Kolejny dzień, który niczym się nie różni od poprzednich, wtapia się w szereg identycznych chwil, pozbawionych jakiegokolwiek znaczenia. Rano budzę się i czuję, że już przegrałem ten dzień, choć jeszcze nawet nie zdążyłem zrobić pierwszego kroku. Czas wydaje się stać w miejscu, a jednocześnie uciekać w zastraszającym tempie. Wczoraj wydawało się, że coś się ruszyło, że może zrobiłem pierwszy, nawet najmniejszy krok naprzód, ale dzisiaj? Dzisiaj wszystko wróciło do tej samej, szarej stagnacji. Jestem w tym samym punkcie, co zawsze. Bez siły, bez chęci, bez wiary, że cokolwiek może się zmienić. Nawet te najmniejsze czynności, te, które kiedyś robiłem bez zastanowienia, wydają się dzisiaj jakimś nieosiągalnym wyzwaniem. Zjedzenie śniadania? Po co. Umycie się? Nie mam siły. Wyjście z domu? To wydaje się abstrakcją. W głowie pełno myśli, ale żadna z nich nie ma sensu. Gdybym tylko mógł po prostu wyłączyć świadomość, nacisnąć jakiś przycisk i przestać czuć cokolwiek, byłoby o wiele łatwiej.

Dziś była wizyta u psychiatry, ale nie wiem, czy cokolwiek mi to dało. Usłyszałem potwierdzenie tego, co i tak wiem od dawna. Jest źle, bardzo źle, i potrzebuję intensywnej pomocy. Za tydzień zacznie się terapia. Codzienne spotkania z psychologami, próby przebicia się przez tę pustkę, w której utknąłem, próby znalezienia rozwiązania, którego sam już dawno przestałem szukać. Może lekarze dobiorą mi nowe leki, może tym razem trafią na coś, co zadziała, co pozwoli mi poczuć choć odrobinę normalności. A może nie. Może po prostu zostanę tu, w tej bezpiecznej, ale jednocześnie przerażającej przestrzeni, w której nie czuję już prawie nic. To trochę tak, jakby mój umysł sam się odciął, jakby uznał, że ten ból, ten ciężar, to wszystko jest zbyt przytłaczające, więc lepiej nie czuć niczego. Wydaje się to chwilowo skuteczne, ale wiem, że w końcu to pęknie, że wszystko, co teraz nie dociera, uderzy mnie z podwójną siłą. Nie wiem, czy jestem na to gotowy.

Zmęczenie jest inne niż to, które znałem kiedyś. To nie fizyczne zmęczenie, które da się odespać. To zmęczenie istnieniem, przeciążenie myślami, przytłoczenie wszystkim, co dzieje się wokół. Czuję, jakbym nosił na barkach ciężar, który nie należy tylko do mnie, jakby rzeczywistość sama w sobie była za trudna do uniesienia. Myśl o wykonaniu jakiegokolwiek zadania wywołuje od razu chęć wycofania się, ukrycia, schowania gdzieś, gdzie nie będę musiał niczego robić, niczego udowadniać, niczego czuć. Gdybym tylko mógł zamknąć oczy i zasnąć na tak długo, aż świat sam się ułoży, aż wszystkie problemy jakoś się rozwiążą, aż wszystko straci znaczenie… Ale rzeczywistość tak nie działa. Trzeba wstać, trzeba funkcjonować, trzeba być obecnym, choć każdy dzień jest kolejnym testem wytrzymałości.

Patrzę przez okno i widzę ludzi, którzy normalnie żyją swoje życie. Ktoś idzie do pracy, ktoś inny śmieje się przez telefon, ktoś pije kawę w kawiarni. To wszystko wydaje się tak odległe, tak nierealne, jakby działo się w innym świecie, w którym mnie nie ma. Wydaje mi się, że jestem oddzielony od tej rzeczywistości niewidzialną szybą – mogę na nią patrzeć, ale nie mogę w niej uczestniczyć. Jakbym był duchem, który krąży gdzieś obok, ale nie jest już częścią tego wszystkiego.

Jutro termin oddania pracy dyplomowej. W normalnych okolicznościach powinienem się tym stresować, powinienem czuć presję, mobilizować się do działania. Ale nie czuję nic. Jestem tak obojętny, że nawet świadomość, że czas ucieka, niczego nie zmienia. Chcę się tylko schować i nie myśleć o tym, że mam jakiekolwiek zobowiązania, że ktoś czegoś ode mnie oczekuje. Nie wiem, co zrobię, nie wiem, czy w ogóle będę w stanie się tym zająć.

Dni mijają, a ja coraz bardziej w nich tonę. Nie wiem, kiedy będzie lepiej. Nie wiem, czy w ogóle będzie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *