Weekend był intensywny. Tak bardzo, że dzisiaj przespałem prawie cały dzień, budząc się dopiero po 14. Nie była to jednak dobra, regenerująca drzemka. Raczej ucieczka przed rzeczywistością, przed zmęczeniem, które od kilku dni gromadziło się w ciele. Otworzyłem oczy i poczułem, że wcale nie jest lepiej. Mięśnie były ciężkie, myśli zamglone, a w głowie dudniło pytanie: co dalej?
Kiedy kotka przyszła po jedzenie, od razu zauważyłem, że coś jest nie tak. Jej ruchy były wolniejsze, jakby z wysiłkiem stawiała każdy krok. Wtedy zobaczyłem opuchliznę obok oka. Kolejny znak, że jej organizm coraz bardziej się poddaje. I ja też poczułem, że się poddaję. Nie jestem gotowy na to rozstanie. Nie będę gotowy. Nigdy.
Wiem, że to nieuniknione, ale nie umiem zaakceptować tej myśli. Przecież była tu przez tyle lat. Towarzyszka każdej trudnej nocy, każdego załamania, każdej chwili, gdy wszystko wydawało się tracić sens. Zawsze przy mnie, bez względu na to, jak bardzo świat mnie zawodził.
A teraz ja mam zawieść ją? Mam pozwolić, żeby cierpiała? Mam podjąć decyzję, kiedy jej życie powinno się skończyć? To nie powinno być moją rolą, ale niestety jest. I wiem, że kiedy przyjdzie ten moment, rozsądek podpowie jedno, a serce będzie krzyczało coś zupełnie innego.
Łzy same płyną. Nie umiem ich powstrzymać. Bo jak przygotować się na stratę kogoś, kto był częścią mnie? Jak nauczyć się oddychać w świecie, w którym jej już nie będzie?
Podobno każda kolejna żałoba powinna być łatwiejsza, ale to nieprawda. Każda jest inna. Każda zostawia bliznę w innym miejscu. Każda zabiera cząstkę mnie.
Dziś zasnę z tą świadomością. Nie wiem, co przyniesie jutro, ale wiem, że przede mną kolejna trudna walka. Tym razem o to, żeby się nie rozsypać.

Dodaj komentarz