Leki chyba zaczynają działać. To subtelna zmiana, niemal niezauważalna, ale jednak wyczuwalna. Jak delikatny podmuch wiatru, który porusza liście, choć jeszcze nie zrywa ich z gałęzi. Czuję, że mam odrobinę więcej siły, więcej chęci. Nie jest to jeszcze stan, w którym mogę powiedzieć, że wracam do pełni siebie, ale to pierwszy sygnał, że może coś się poprawia.
Dzisiaj postanowiłem wyjechać w plener i ponagrywać trochę materiału z drona. Nie miałem konkretnego scenariusza, nie planowałem precyzyjnych ujęć – chciałem po prostu polecieć, popatrzeć na świat z góry, znaleźć inspirację. W powietrzu wszystko wygląda inaczej. To, co z perspektywy ziemi wydaje się chaosem, z lotu ptaka układa się w pewien porządek, harmonię. Może dlatego tak bardzo mnie to uspokaja?
Patrząc na wykonane nagrania, scenariusz zaczął układać mi się w głowie. To jak układanie puzzli, których wcześniej nie widziałem w całości. Część kadrów już wiem, że będzie pasować idealnie, inne pewnie trzeba będzie nagrać na nowo. Ale to nieistotne – najważniejsze, że w ogóle coś zaczęło się składać. Że wróciła jakaś iskra twórcza, która przez długi czas zdawała się przygaszona.
Największym zaskoczeniem dzisiejszego dnia było to, że przez chwilę… zapomniałem. O wszystkim, co mnie trapi. O tych wszystkich ciemnych myślach, które zwykle nie dają mi spokoju. Była tylko kamera, krajobraz, lot. I to było dobre uczucie. Takie dni są rzadkością, ale kiedy się zdarzają, przypominają mi, że może jeszcze nie wszystko stracone. Może jest jeszcze szansa, że kiedyś takie momenty będą normą, a nie wyjątkiem.
Dziś dzień zleciał dość szybko i w miarę produktywnie. Może to właśnie na tym polega powrót do siebie – nie na wielkich przełomach, a na drobnych chwilach, które składają się na coś większego. Może wystarczy po prostu iść dalej, nawet jeśli droga nie zawsze jest jasna.

Dodaj komentarz