Dzień #16

Dziś napięcie stało się moim cieniem. To słowo, tak proste, tak powszechne, a jednak wypełnia mnie całkowicie. Każda myśl, każdy oddech, każda chwila – wszystko pulsuje tym jednym odczuciem, które zdaje się nie mieć końca. Silne, obezwładniające, niemal paraliżujące napięcie, którego nie sposób się pozbyć, nawet na moment.

Z tego napięcia rodzą się myśli agresywne, które krążą w mojej głowie niczym drapieżne ptaki. Nie chcę ich, nie proszę o nie, ale są. Nie dają spokoju. Mimo wysiłków, by je zignorować, by odsunąć na bok, one wracają, silniejsze, bardziej natarczywe, jakby były częścią mnie, której nie mogę odciąć.

Czasem myślę o tych, którzy tego nie doświadczają. Ludzie, którzy nie żyją w ciągłym stanie napięcia, bezustannej wewnętrznej walki. Dla nich życie musi być przyjemne, proste. Bez tego ciężaru, bez tego mroku, który od lat kładzie się cieniem na każdej chwili mojego życia. Tyle razy próbowałem się od tego uwolnić. Terapie, leki, różne formy wsparcia. Próbowałem wszystkiego. Ale za każdym razem wydaje się, że to wszystko na nic, jak krew w piach.

Wystarczy jeden moment, jedna osoba, która pokaże, że jesteś nikim. Jedno słowo, gest, spojrzenie – i wszystko się wali. Cały świat, który próbowałem odbudować, rozpada się w mgnieniu oka, jak domek z kart. Jak można żyć w świecie, w którym tak łatwo zburzyć to, co buduje się latami?

Gdzie w tym wszystkim sprawiedliwość? Czy kiedykolwiek prosiłem o to, by mnie skrzywdzono? Czy chciałem żyć z poczuciem zniszczonej psychiki, w której każda rana jest wiecznie otwarta, nigdy się nie goi? Nikt nie zasługuje na to, by nosić taki ciężar. A jednak jest. Nieznośne napięcie, które trwa, które nie odpuszcza. Dzień za dniem, rok za rokiem. Jak długo jeszcze?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *