Dziś był dzień, w którym zrobiłem coś, co mogłoby wydawać się proste i zwyczajne – wyszedłem z domu na zakupy związane z moim hobby. Kilka drobiazgów, które są mi potrzebne, by ukończyć, jak to się teraz mówi, „projekt”. To jednak tylko pozory normalności, bo nawet taki drobny krok potrafi wciągnąć w wir emocji, nad którymi trudno zapanować.
Podczas tej podróży przejeżdżałem obok miejsca, które kiedyś było moją codziennością – mojej byłej pracy. Ten widok to jak otwarte drzwi do wspomnień, których wolałbym uniknąć. Z każdym spojrzeniem na to miejsce czuję narastającą mieszaninę agresji i autoagresji. Agresja skierowana jest na tych, którzy byli częścią tej historii, na sytuacje, które doprowadziły mnie tu, gdzie jestem. Autoagresja – na samego siebie, za błędy, które być może popełniłem, za niewykorzystane szanse, za to, że nie byłem w stanie walczyć o swoje miejsce w tym świecie.
Mam wrażenie, że utknąłem na jednym z pierwszych etapów żałoby. Jeśli traktować to jako proces, jestem ledwie na drugim kroku, daleko od akceptacji czy jakiejkolwiek ulgi. Ta strata wciąż boli, jak świeża rana, która nie chce się zagoić. Miejsce, które kiedyś było dla mnie ważne, stało się teraz symbolem wszystkiego, co utraciłem.
Kiedy wracałem do domu, z torbą pełną potrzebnych rzeczy, które miały dać mi choć chwilę satysfakcji, coś we mnie pękło. Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, dopadł mnie płacz. Siedziałem za kierownicą, próbując skupić się na drodze, ale łzy płynęły same, jakby chciały wyrwać się na powierzchnię, mimo że starałem się je zatrzymać. To uczucie bezradności, kiedy nawet własne ciało przestaje być pod kontrolą, jest jednym z tych momentów, które przypominają, jak głęboko depresja potrafi sięgnąć.
Depresja w takiej formie to nie tylko smutek czy brak energii. To coś więcej – coś, co wpływa na całe życie, na każdy jego aspekt. To uczucie, jakbyś w jednej chwili został pozbawiony możliwości odczuwania czegokolwiek innego niż pustka. Wpadam w otchłań, która pochłania wszystko – radość, spokój, poczucie sensu.
Z jednej strony był to dzień, w którym udało mi się coś zrobić – kupić potrzebne rzeczy, ruszyć projekt do przodu. Z drugiej strony, te drobne sukcesy są przyćmione przez uczucia, które nie pozwalają mi się nimi cieszyć. Każdy krok naprzód wydaje się równocześnie krokiem w dół, bliżej dna, które wydaje się bez końca.
A co będzie dalej? Tego nie wiem. Czasem wydaje mi się, że to wszystko nigdy się nie skończy. Że ta otchłań jest już częścią mnie i że nie ma ucieczki. A przecież znam ten stan tak dobrze i pamiętam, żę da się z tego podnieść. Tylko czy tym razem starczy sił?

Dodaj komentarz