Dzień #47 Pozytywne emocje i nieunikniony spadek

Ostatni dzień zawodów, a ja miałem tylko dwie godziny, żeby nacieszyć się tą atmosferą. To niewiele, ale wystarczająco, by znów poczuć ten specyficzny dreszcz emocji, który daje mi lodowisko. Powietrze było przesycone napięciem rywalizacji, skupieniem zawodników i ekscytacją widzów. Gdzieś w tym wszystkim znalazłem dla siebie chwilę spokoju, moment, w którym mogłem po prostu być i chłonąć te wrażenia.

Ale rzeczywistość szybko upomniała się o mnie. Praca czekała – musiałem zapłacić pracownikowi, dostarczyć brakujące płyny i dopilnować, żeby wszystko działało, jak powinno. W takich chwilach wraca to znajome uczucie – rozdwojenie między tym, co chciałbym robić, a tym, co muszę. Życie to przecież nie tylko pasja, ale też obowiązki, choć czasem chciałbym, żeby było odwrotnie.

Popołudnie spędzone w gronie rodzinnym dopełniło ten weekend emocjami. Pozytywnymi, pełnymi ciepła, ale gdzieś w tle czai się to, czego się obawiam. Bo wiem, że organizm zacznie odreagowywać. Po każdej takiej dawce intensywnych przeżyć przychodzi moment, kiedy ciało i umysł żądają zapłaty. Zmęczenie, zjazd emocjonalny, może gorszy nastrój – już to przerabiałem. Strach pomyśleć, co przyniosą kolejne dni, ale dzisiaj… dzisiaj jeszcze cieszę się tym, co było dobre.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *