Dzień #42 Czy ja tu pasuję?

Raz po raz zastanawiam się, czy ja tu w ogóle pasuję. Czy jestem częścią tego świata, czy tylko niechcianym dodatkiem, który wciśnięto w rzeczywistość na siłę. Sposób, w jaki postrzegam świat, jest inny. Zbyt inny. Nie wybierałem tego. Nie wybierałem przeszłości, która pozbawiła mnie części emocji, sprawiła, że czuję się wybrakowany. Gorszy. Niedopasowany.

Zazwyczaj ludzie funkcjonują według określonego schematu – przeżywają radość, smutek, ekscytację, tęsknotę, nadzieję. Ich emocje są jak fale, przychodzą i odchodzą, ale zawsze pozwalają im czuć, że żyją. U mnie jest inaczej. Czuję jakby pewne części mnie zostały odcięte, jakby ktoś pozbawił mnie dostępu do pełnej gamy ludzkich doznań. To, co dla innych jest naturalne, dla mnie często jest niezrozumiałe albo wręcz obce. To rodzi pytanie – czy to ja jestem inny, czy świat jest po prostu nieprzystosowany do takich ludzi jak ja?

Wszystko, co mnie otacza, widzę przez specyficzny pryzmat. To nie jest świat pełen ciepłych barw i radosnych chwil. To świat pełen bólu, cierpienia, strachu i lęku. Jest w nim echo dramatów, które przeszły przeze mnie jak niszczycielski huragan, zostawiając po sobie ruinę. Dramatów, których źródłem była matka – osoba, która powinna chronić, a zamiast tego stała się moim największym koszmarem.

Nie umiem być szczęśliwym człowiekiem. Nie potrafię. W moim świecie szczęście zawsze było iluzją – chwilowym złudzeniem, po którym następowało coś gorszego. Każda iskra radości kończyła się ciosem, dosłownie i w przenośni. To jak klasyczna reakcja lękowa – unikam szczęścia, bo podświadomie boję się, że za nim znów przyjdzie przemoc. Że zostanę ukarany.

To uczucie towarzyszy mi od dziecka. Gdy jako dziecko wracałem do domu z nagrodą czy wyróżnieniem, nie czułem dumy, a strach. Bo sukces oznaczał większe wymagania, większą presję, a co za tym idzie – większą karę za każde, nawet najmniejsze potknięcie. Z biegiem lat ten mechanizm wszedł mi w krew. Każda chwila, w której mogłem się cieszyć, budziła we mnie irracjonalny lęk. A jeśli to tylko cisza przed burzą? A jeśli zaraz coś się stanie?

W dorosłym życiu ten schemat nie zniknął. Zmieniły się tylko okoliczności. Nawet kiedy coś mi się udaje, kiedy na chwilę dopuszczam do siebie radość, w tle zawsze czai się cień niepewności. Jakbym był zaprogramowany na autodestrukcję, jakby mój umysł nie potrafił zaakceptować, że czasem może być po prostu dobrze.

A przecież to irracjonalne. Jeśli nawet po szczęściu znowu przyjdzie dramat, czy nie powinienem być już na niego odporny? Może powinienem stawić czoła temu lękowi. Może czas w końcu wyjść z cienia i nauczyć się, że radość nie musi kończyć się bólem. Może powinienem przestać uciekać i pozwolić sobie na pełne przeżywanie emocji. Tylko jak to zrobić, gdy całe życie uczyło mnie czegoś zupełnie odwrotnego?

Czasem wydaje mi się, że walczę z samym sobą, z własnym umysłem, który próbuje przekonać mnie, że nigdy nie będę pasował. Że zawsze będę inny. Że nie mam prawa do szczęścia, do spokoju, do normalności. Ale może to tylko głos przeszłości, który wciąż odbija się echem w mojej głowie? Może powinienem w końcu przestać go słuchać?

Nie wiem, czy kiedyś przestanę zadawać sobie te pytania. Nie wiem, czy kiedyś naprawdę poczuję, że pasuję. Ale jedno wiem na pewno – nie jestem jedyną osobą, która tak się czuje. Może to już coś. Może to pierwszy krok do zaakceptowania, że nawet będąc „innym”, nadal jestem częścią tego świata.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *