Dzień #17

Dziś był ten dzień, który od dawna wisiał nade mną jak ciemna chmura. Pierwsza kwalifikacja do szpitala. Brzmi prosto, prawda? Spotkanie, rozmowa, decyzja. Ale to nie było tylko to. W tym dniu zebrały się wszystkie emocje, które od tygodni trzymały mnie na krawędzi. Każda myśl, każde wspomnienie, każdy lęk – wszystko czekało na ten moment, by uderzyć pełną siłą.

Podświadomie stresowałem się bardziej, niż byłem w stanie przyznać nawet przed samym sobą. Na zewnątrz starałem się wyglądać na spokojnego, zorganizowanego. W środku? Chaos. Strach, który ściskał mnie za gardło, wątpliwości, które szeptały, że może wcale nie zasługuję na pomoc, i poczucie wstydu – bo przecież to szpital. Czy to oznacza, że zawiodłem? Że nie dałem rady?

Organizm odreagował, jak tylko mógł. Po wszystkim przyszły bóle głowy, zawroty, jakby ciało próbowało wyrzucić z siebie napięcie, którego nie mogłem znieść psychicznie. To była reakcja na stres, który był obecny od tygodni, a może miesięcy. Fizyczne dolegliwości, które przypominały mi, że emocje nie zostają tylko w głowie – rozlewają się na wszystko.

Decyzja? Zostałem zakwalifikowany. Oddział dzienny, start w marcu. Powinienem poczuć ulgę, prawda? Ale zamiast tego jest jeszcze więcej emocji. Lęk przed tym, co mnie czeka. Nadzieja, która miesza się z poczuciem bezradności. I ten ciężar – bo do marca trzeba jeszcze jakoś wytrzymać. Przetrwać kolejne dni, tygodnie, miesiące.

Czasem myślę, że te emocje są jak rwąca rzeka, która wciąga coraz głębiej. Marzec wydaje się odległy, jakby był na drugim brzegu tej rzeki. A ja nie wiem, czy mam siłę, by się tam dostać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *