Dziś dzień, który zaczął się na ostrzu łyżew. To nie była zwykła ślizgawka, gdzie człowiek kręci się po lodzie bez celu, ot dla zabawy. To był trening – prawdziwy, z trenerem, który patrzy, poprawia, komentuje. Było w tym coś niezwykłego, jakby powrót do czasów, kiedy treningi były częścią codzienności. Nagle znalazłem się w przestrzeni, gdzie liczyły się tylko ruch, technika i oddech.
Czułem się obserwowany, ale nie w ten przytłaczający sposób, do którego przywykłem. Byłem pod okiem kogoś, kto chce, bym zrobił coś lepiej, skuteczniej. I to było dziwnie odświeżające. Mój puls, skoczył do 150, a każdy kolejny ruch wydawał się jeszcze większym wyzwaniem. Ale nie przestawałem. Miałem wrażenie, że w tej chwili jestem w stanie oderwać się od wszystkiego, co zwykle siedzi mi w głowie.
Ta chwila, gdy głowa odpoczęła, była jak ulga po długim dniu w dusznym pomieszczeniu – świeże powietrze, choć na moment. Czułem, że chcę to kontynuować. To pragnienie, by wracać na lód, by znowu czuć ten ruch, było niemal fizyczne.
Ale druga połowa dnia zderzyła mnie z rzeczywistością. Tam, gdzie rano była odrobina wolności, popołudnie przyniosło ciężar. Wspomnienia. Te same obrazy sprzed ponad 30 lat, które wracają jak niechciani goście. Nie pytają, czy mają prawo wejść, po prostu się wdzierają. Przypominają mi rzeczy, które chciałbym zostawić za sobą. To uczucie było jak zjazd z wysoka – momentalny, bolesny, nie do zatrzymania. Zamiast lodowiska w głowie zapanował chaos, który nie dawał mi spokoju. Jakby każde wspomnienie próbowało przebić się na powierzchnię, krzycząc o uwagę.
I tak kończy się dzień. Poranek pełen energii i ruchu, popołudnie pochłonięte przez przeszłość. A przede mną kolejny dzień – nie wiem, co przyniesie, ale może… może choć przez chwilę będzie jak na lodzie.

Dodaj komentarz