Po terapii miało być lepiej. Dlaczego czuję się gorzej?

Odkąd wyszedłem z oddziału dziennego, czuję, jakby moje wnętrze zapadło się w sobie. Niby leczenie zakończone. Niby powinienem odczuwać choćby cień ulgi, choćby cień poprawy. Ale ja czuję wyłącznie pustkę, ciężką i duszną jak ciemność przed burzą. Właściwie nie wiem, co czuję, bo wszystkie uczucia zdają się zamknięte gdzieś za grubym, szklanym murem, który nie przepuszcza niczego – ani światła, ani nadziei, ani sensu. Oddział dzienny miał pomóc. Miał być miejscem, gdzie stanę na nogi, gdzie nauczę się żyć na nowo. A teraz? Teraz czuję się, jakbym z tego oddziału nie wyszedł – tylko jakbym został wyrzucony za drzwi wprost w ścianę rzeczywistości, która przygniata i nie pozwala wstać.

Przed pobytem było źle. To wiem. Ale przynajmniej wiedziałem, że coś się zacznie, że może nadejdzie jakaś zmiana. Teraz, po wszystkim, czuję, że nie zostało już nic, na co mógłbym czekać. Żadnej ekscytacji, żadnej ciekawości świata, żadnej ulgi. Tylko ogromna, przytłaczająca cisza w środku mnie. Taka cisza, która boli fizycznie. Może to przez te wszystkie huśtawki nastrojów, przez to wahanie emocji, które rozrywało mnie od środka dzień po dniu. Może organizm i psychika są po prostu wyczerpane. Albo może to właśnie teraz, kiedy skończyła się „opieka”, wszystko wraca ze zdwojoną siłą. Jakby to, co było trzymane w ryzach codziennych zajęć, rozmów, schematów, teraz znów znalazło wolną drogę, by się rozlać i zalać mnie całością.

Depresyjny nastrój to zbyt delikatne określenie. To coś więcej niż smutek. To coś, co zżera od środka. Coś, co sprawia, że każda czynność jest wyzwaniem. Wstanie z łóżka to nie tylko fizyczny ruch, to walka z tysiącem myśli, które szepczą, że nie ma po co. Umycie się, zrobienie śniadania, wyjście na spacer – wszystko wymaga siły, której nie mam. A do tego przychodzi ta jedna, najgorsza myśl: „a przecież powinienem już czuć się lepiej”.

Tak. Powinienem. Tak mówi teoria. Tak mówią broszury, lekarze, nawet niektórzy bliscy. „Już po terapii, to teraz już będzie dobrze, prawda?” Nie, nie jest dobrze. I to boli podwójnie, bo zamiast poczucia ulgi, pojawia się rozczarowanie. Złość na siebie, że nie potrafię się podnieść. Lęk, że ten stan już nie minie. Frustracja, że nie umiem żyć nawet wtedy, gdy dano mi do ręki jakieś narzędzia. I ta nieustanna, dręcząca myśl: skoro teraz jest tak ciężko, to jak będzie za miesiąc? Za pół roku?

W trakcie pobytu na oddziale często nachodziły mnie myśli, których nawet nie chcę na głos wypowiadać. Te trudne, te ostateczne, te, które zostawiają za sobą tylko ciszę. Może właśnie dlatego teraz tak trudno wrócić – bo wciąż we mnie siedzą, ukryte, niewypowiedziane, ale gotowe, by znów zaatakować. Może one właśnie wysysają ze mnie resztki energii. I choć wiem, że na terapii często mówi się, że te myśli nie są końcem, że można je rozpracować, że można przez nie przejść – ja dziś tego nie czuję.

Czuję tylko niemoc. Wielką, wszechogarniającą niemoc. Przesypiam połowę dnia, bo nie mam siły się podnieść. Przesypiam wieczory, by nie myśleć. Przesypiam życie, bo nie potrafię już w nim uczestniczyć.

Mam gdzieś w głowie słowa terapeutów: „to normalne, że po intensywnym leczeniu przychodzi kryzys”. Ale co jeśli ten kryzys nie mija? Co jeśli mnie w nim pochłonie? Co jeśli teoria nie wystarczy?

Czy jeszcze kiedyś będzie dobrze? Czy kiedyś obudzę się rano i nie poczuję od razu ciężaru całego świata? Czy będzie taki dzień, w którym zrobię coś – cokolwiek – i nie będę musiał się do tego zmuszać? Czy jeszcze będzie we mnie radość?

Nie znam odpowiedzi. Ale pisząc to, próbuję odnaleźć chociaż jej cień.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *