Dzień #40 Uwięziony w zmęczeniu

Budzik dzwonił, a ja nawet go nie słyszałem. Przespałem trening. Całkowicie. Nawet nie była to świadoma decyzja o pozostaniu w łóżku – po prostu nie byłem w stanie się podnieść. Jakbym był na środkach nasennych, których przecież nie brałem. Moje ciało było ciężkie, przygwożdżone do materaca, a umysł pogrążony w jakimś zawieszeniu między snem a jawą. To już chyba norma – poranki, w których świadomość dociera do mnie z ogromnym opóźnieniem.

Dopiero po południu udało mi się jakoś zebrać. Chociaż tyle. Pojechałem do apartamentu, zabrałem pościel do prania, zrobiłem coś konkretnego. To może niewiele, ale w takich dniach każda czynność jest małym sukcesem. Na chwilę oderwałem się od tego wszystkiego, sterując dronem. Nie było dzisiaj malowniczych widoków – zamiast tego ocena stanu dachu. Czysta pragmatyka. Ale może właśnie to mi było potrzebne – coś, co oderwie mnie od tego wewnętrznego zmęczenia, od tego przygniatającego poczucia bezsilności.

Ciekawe, czy jutro będzie podobnie. Czy znowu nie będę w stanie otworzyć oczu i ruszyć ciała. A może to tylko chwilowe? Może kiedyś poranek nie będzie walką, tylko czymś, co po prostu się dzieje – naturalnie, bez oporu, bez tego paraliżującego zmęczenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *