Dzień #39 Zmęczony ciałem, zmęczony duszą

Dziś nie mogłem się dobudzić. Otworzyłem oczy wcześnie rano, ale byłem tak nieprzytomny, że znowu odleciałem. Potem było jeszcze trudniej. Ten rodzaj zmęczenia to nie zwykłe niewyspanie – to ociężałość, która wlewa się w każdą część ciała i nie chce ustąpić. Jakby ktoś przywiązał mnie do łóżka niewidzialnym ciężarem.

Ostatnio bóle psychosomatyczne mnożą się jak grzyby po deszczu. Dzisiaj serce, wczoraj pachwina. Jutro pewnie coś nowego. Do tego stany zapalne stawów – „prezent” od depresji, jakby to wszystko inne było niewystarczające. W tym chaosie zapomniałem porannych leków. Skutek? Obecny spadek nastroju, który ciągnie mnie w dół jak kotwica rzucona w głęboką wodę.

A jednak, wbrew wszystkiemu, zrobiłem sobie coś ciepłego do jedzenia i picia. Sprzątnąłem podłogi na obu piętrach. Jakoś się poruszałem, mimo że wszystko we mnie mówiło: „połóż się, zniknij, przeczekaj”. To dziwne, bo w momentach takiego spadku najprostsze czynności urastają do rangi wyczynu.

Oglądałem serial. Historia o tym, jak bohaterkę zawiodła jej własna rodzina. Trochę znajome. Tyle że to nie fikcja, tylko moja codzienność. Ci, którzy powinni chronić, skrzywdzili najbardziej. Ludzie mówią, że czas leczy rany, ale nie wspominają, że niektóre wcale się nie goją.

Jutro kolejny trening. Powinienem się zebrać, bo wiem, że mi pomaga, ale ostatnio serce dość mocno szarpało, a tętno poszybowało w górę. Czy dam radę? Nie wiem. Ale jutro się przekonam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *